poniedziałek, 12 grudnia 2016

Jak?

Jak rozpoznać miłość?
Gdy każdy skrywa swoje uczucia pod maską
obojętności,
Jak otworzyć serce swoje?
Gdy serca innych skąpane są w nienawiści i złości.
Jak pomóc miłości w dążeniu do celu?
Gdy nie ma z tobą nikogo, przeciwko - tak wielu.

środa, 7 grudnia 2016

Upadek

Tak wiem, nie można w życiu mieć wszystkiego,
Doskonale rozumiem, że los próśb naszych nie słyszy,
Wiadome jest, że nasze szczęście zależy od tego,
Czy nasze pragnienia płyną z głębi duszy...

... ale dlaczego wciąż ogarnia mnie cierpienie?
Czemu nade mną los tak się znęca?
Czy to, że ja ją kocham ma jakieś znaczenie?
Przecież moje wołanie płynie z głębi serca!

Proszę... spójrz na mnie, odwróć twarz w moją stronę
... o tak jak teraz jest dobrze, wspaniale!
Kiedy tak patrzysz na mnie to cały płonę,
Obawy i lęku nie czuję już wcale.

Bądź moją tarczą, obroń mnie przed złem tego świata,
By nie zniszczyło tej mojej miłości,
By nie iść przez życie jak pod ostrze kata,
Który nie będzie miał nade mną litości...

Nie! Nie odchodź! Nie możesz mnie tak zostawić!
Serce me zranione krwawi nieustannie.
Stój! Jeśli mnie opuścisz ja gotów się zabić,
Mój duch, moje życie... upadnie.


piątek, 2 grudnia 2016

Smaki nowego życia

Brzuch mi rośnie. W początkowej fazie rozstania moja waga bardzo szybko spadła. Nawet po trzech tygodniach karmienia w szpitalu nie wyglądałem tak tragicznie jak ostatnio. 53 kg i sylwetka chłopca z podstawówki. Tylko zarost mnie trochę postarza. Nie wiedziałem, że psychika aż tak wpływa na metabolizm.  Na szczęście wszystko powoli ze mnie schodzi. Cały ten miesięczny stres. Teraz nadrabiam każdy stracony kilogram w przerażającym mnie tempie. Nawet w szczycie formy nie wkładałem do ust tak dużo :) Jem 6-7 dużych posiłków dziennie. Spróbowałem przez te dwa tygodnie chyba wszystkich smaków świata. Moje kubki smakowe szaleją; czuję ogromną radość i mam łzy w oczach jak po moim języku przesuwają się kolejne kęsy dań orientalnych, włoskich, wietnamskich. Oczywiście nie omijam maka czy kejefsi :) Ładuję w siebie wszystko i nie patrzę na dolegliwości. Czy to Edyta przez ten czas hamowała mój apetyt czy po prostu jest to reakcja stresowa na sytuacje? Nie wiem. Nie myślę. Korzystam, bo każdy kilogram jest na wagę złota. Śmieję się, bo wszystko co zarobię to przejem. Nawet spora kasa z buka przyjęła ostatecznie formę 50 kubełków chińszczyzny. Tak bardzo jestem teraz głodny. Przede wszystkim głodny życia. Wrócił dawny Morris tylko ulepszony. Nie marudzi, nie wymyśla problemów. Intensywnie korzysta z życia, bo wie, że w każdej chwili może się ono skończyć. Stara się być dla innych a nie tylko dla siebie.
Ale nadal czuję się rozdarty. Czy zerwanie kontaktu to najlepsze rozwiązanie? 7 lat znajomości, ratowania siebie nawzajem i nagle dla siebie umieramy? Nie będzie nigdy zmartwychwstania? Bardzo to smutne. Zdaję sobie sprawę jaki byłem w ostatnim okresie i z jednej strony rozumiem a z drugiej nie. Chciałem ją naprawić, pokazać, że świat nie jest taki zły jak go odbiera. Że jestem facetem, który zrekompensuje jej wcześniej doznaną krzywdę. Że pokocham ją całym sobą i będę zawsze blisko. Już po kilku miesiącach wypadek nas rozdzielił. I to na długo. Za długo. Nie mogłem się pogodzić z tym co mi się przytrafiło. Przecież nad wszystkim miałem kontrolę. Widziałem więcej niż inni. Zamknąłem się w sobie. Ale jej dałem klucz. Tylko ona miała do mnie dostęp. Dzięki niej przetrwałem najgorsze chwile kiedy myślałem o samobójstwie. Uratowała mnie. Widocznie z czasem pozmieniałem zamki. Próbowała wielokrotnie wejść, ale niestety nie wpuściłem jej. Może gdyby mocniej pukała to bym zareagował. Kiedy wyjrzałem w końcu na zewnątrz... już jej nie było. Przepraszam Cię za to, że zawiodłem. Nie byłem taki jak chciałaś. Nie kochałem jak dawniej. Po prostu nie dałem rady. Chyba nie byliśmy sobie pisani. Oboje się poddaliśmy. Sytuacja nas przerosła. Zapamiętajmy te najlepsze chwile, które ze sobą spędziliśmy a te gorsze przeróbmy i wyciągnijmy z nich wnioski. Żeby nie krzywdzić już siebie i innych. Daj się pokochać komuś innemu. Nie zamykaj się w sobie. Żyj i częściej się uśmiechaj. Brzmi jak banał, ale działa :) Zaczynamy nowe życie. Sentyment zawsze pozostanie. Nie będę przechodził na drugą stronę ulicy jak Ciebie zobaczę. Może nawet za parę lat wypijemy wspólnie kawę i podsumujemy to co nam się najlepszego przez ten czas przytrafiło. Akademik to był strzał w dziesiątkę. O dziwo nie czuję się samotny; czuję się potrzebny. I jest tu ciepło :) A na pewno ktoś sprawi, że będzie jeszcze cieplej ;) Życzę Ci tego samego. Niech On Cię kocha jak dawniej ja.

sobota, 26 listopada 2016

Retrospekcja

Bardzo ciężko przychodzi mi "uwalnianie się" od Edyty. Niby na większość pytań już sobie odpowiedziałem, ale jednak słowo "Dlaczego?" często powraca. Nie umiem tak po prostu odciąć się i żyć jak dawniej. To już nie ten sam Morris. Edyta przewartościowała moje życie i nie mam już ochoty wracać do starych nawyków, zachowań. Jestem starszy, bogatszy o nowe doświadczenia, więc błądzącego we mnie studenta, kelnera mam ochotę po prostu pogrzebać. Nie pozwalać mu wychodzić ze środka. Tylko miejsce w którym obecnie się znajduje wcale mi w tym nie pomaga. Akademik. Ten sam w którym przepoczwarzałem się wielokrotnie. Gdzie spędziłem najwspanialsze lata, gdzie poznawałem swoją seksualność i gdzie pod koniec pobytu zrodziła się nadzieja na wejście w inny stan. Gdzie podjąłem próbę rozliczenia się z przeszłością i stworzenia nowej, pięknej, pozbawionej fałszu relacji.
O względy Edyty walczyłem bardzo długo patrząc na moje wcześniejsze dokonania na tym polu. Kobiety zawsze dzieliłem na dwie kategorie. Na te z którymi chcę się przespać i na te z którymi mogę stworzyć chwilową emocjonalną więź. Mój rekord sprowadzenia atrakcyjnej, nowo poznanej dziewczyny do łóżka to jedna rozmowa. Udział alkoholu w tym zdarzeniu był niewielki. Ta łatwość nawiązywania kontaktów czasem mnie przerażała, bo w pewnym momencie poczułem się jak męska dziwka. Wszystko było płytkie i mechaniczne. Mimo faktu, że moje potrzeby były zaspokajane, podwyższałem swoją wartość kolejnymi rekordami a moje ego aż kipiało to nie czułem się dobrze. Czegoś mi brakowało tylko nie wiedziałem jeszcze czego. Pomyślałem, że należy troszkę zwolnić i skupić się budowaniu głębszej relacji z jedną partnerką. Wszedłem kilka razy w takie "związki", które trwały góra 10-12 miesięcy. Zakładałem maskę, żeby pokazać jaki to fantastyczny jestem w środku; że oprócz mega sprawności i fantazji w łóżku mam także ciekawą osobowość i potrafię kochać. Słowa "Kocham" starałem się jednak nie używać zbyt często. Nie rozumiałem za bardzo jego znaczenia. Przez pewne braki emocjonalne z czasów dzieciństwa nie rozumiałem większości słów, którymi posługują się ludzie w związkach. O uczuciach dowiadywałem się z książek. Byłem bardzo zimny w środku i dlatego z taką łatwością kończyłem kilkumiesięczne znajomości. Było to brutalne, ale jak widać potrzebne, bo moje byłe partnerki są teraz szczęśliwe patrząc na ich zdjęcia z rodzinami. Mam nadzieję, że to nie jest złudzenie a ich mężowie i dzieci to nie efekt odreagowania za krzywdy które im wyrządziłem. Śmieszy mnie trochę takie przekonanie o moim leczniczym udziale w ich życiu, o mojej misyjności. Taki facet jak ja na pewno w dużym stopniu wpłynął na ich dorosłość; zwrócił uwagę, że życie wcale nie jest takie kolorowe, że spotka jeszcze je wiele rozczarowań. A jeszcze śmieszniejsza jest sytuacja w której teraz ja się znajduję. Za pewne trafiłem na osobę, której też włączyło się naprawianie innych poprzez ból i cierpienie. Wiek się zgadza. W tym okresie moje zdolności terapeutyczne były najsilniejsze :) Nie wierzę, że tak dałem się zaskoczyć. Nie wiem czy mam to traktować jako karmę, karę za swoje występki?! Może Edyta jest sumą moich wcześniejszych zachowań, w sposób nieświadomy ją taką stworzyłem; jest reakcją na ból który opanował moje ciało i umysł w ostatnim czasie? A może dużo wcześniej taka była a ja po prostu tego nie chciałem widzieć. Lekceważyłem ją, bo skoro jest tyle młodsza to co może o życiu wiedzieć. A jednak znała życie dużo lepiej niż mogłem przypuszczać. Wiek jest tylko liczbą a dojrzałość określa świadomość i ilość doświadczeń - często negatywnych. Nie miała z pewnością łatwego dzieciństwa, zbyt dobrych relacji z rodzicami, czuła niedosyt, czuła się niepotrzebna, niekochana. Widać to było w jej oczach. Dlatego tak mnie fascynowała. Nie była jak te słodkie idiotki z którymi romansowałem. Jej poza wołała o pomoc mimo, że próbowała to ukryć. Mówiła mi przy naszym ostatnim spotkaniu, że każdy facet myśli tylko w jeden sposób. Powodem zbliżenia jest chęć zaliczenia. Akurat w tym przypadku się myli. Mimo, że jest bardzo atrakcyjną kobietą, moim chodzącym ideałem to bardziej kręciła mnie jej dusza. Próbowałem ją za wszelką cenę rozgryźć i w jakiś sposób pomóc w walce ze sobą. Widać było, że jest zagubiona i trzeba jej podać rękę. Czekałem tylko na moment aż będę mógł się do niej zbliżyć. Drogą do pełnego poznania było wejście w związek. Po raz pierwszy w życiu byłem pewien, że tego właśnie chcę. Nie zapomnę chwili kiedy na ławce w parku zapytałem ją czy chce ze mną być. Cały dzień biłem się z myślami czy ją o to zapytać, bo jeśli zostanę odrzucony to już nigdy nie będę miał do niej dostępu. Ta niepewność mnie niszczyła. Nie wiedziałem jakiej reakcji mogę się po niej spodziewać. Kiedy więc doszło do naszego pierwszego pocałunku byłem najszczęśliwszym facetem na ziemi. Osiągnąłem to o czym marzyłem przez długi czas. Niesamowite uczucie. Smak tej chwili czuję nawet teraz i będzie mi jeszcze długo towarzyszył.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Katharsis

Zbliża się czas kiedy muszę pozbyć się trujących mnie myśli i odrodzić się na nowo. Odpuścić sobie. Ale ciężko nagle zapomnieć o tych trzech latach, o trzymaniu się za rękę, wspieraniu, jedzeniu wspólnych śniadań. O widoku jej w bieliźnie. O tych buziakach gdy wychodzimy do pracy. Chciałbym jeszcze raz poczuć jej usta na moich... ustach. Porwać ją do łóżka i nie wypuszczać gdy pochyla się nade mną. Nie wiem czy będzie mi z kimkolwiek tak dobrze jak z nią. Może i później już udawała, ale robiła to świetnie skoro się nie zorientowałem. Uśpiła moją czujność. Ciałem była ze mną, ale myślami już daleko.  Ta świadomość , że teraz ma prawo robić te rzeczy z innym. Boli mnie to, ale staram się to zrozumieć. Nie zaspokajałem jej potrzeb a przecież miała równie wysokie libido jak moje sprzed wypadku. Nie może cierpieć tylko dlatego, że ja cierpię. Skoro już zdecydowała o rozstaniu to ja już nie mogę w żaden sposób na nią wpłynąć. Lubię snuć domysły co teraz się u niej dzieje. Niby jej ufałem, ale nie miałem pewności, że na finał nie wpłynął ktoś inny. Analizując jej sytuacje pewne rzeczy same wysuwają się na pierwszy plan. Od dawna mnie nie kochała. W momencie kiedy zacierała ślady po mnie odezwał się jej znajomy z pracy, któremu niewątpliwie od dawna się podobała. On widząc jaka jest piękna i dodatkowo motywując się tym, że się z nim droczy i stwarza pozory niedostępnej tym bardziej się nakręcał. Upatrywał szansy jej zdobycia i ją pewnie otrzymał. Nic tak nie działa na zmysły faceta jak tajemnica, niedostępność. Ona powiedziała sobie, dlaczego ma z nim nie pogadać. Przecież jest wolna a rozmowa jej w tym momencie z pewnością pomoże. Poznali się na tyle, żeby móc sobie zaufać i pomagać wzajemnie w tych ciężkich chwilach kiedy to ja nadal zabieram jej powietrze mieszkając z nią. Nigdy nie próbowała flirtu, więc dlaczego ma teraz nie spróbować. On jest bardzo przystojny, ma ciekawą osobowość, dobrą pozycję w firmie, znajdą wiele wspólnych tematów no i jest egzotyczny. Też stanowi dla niej zagadkę, bo przecież niczego takiego nie próbowała a może już nigdy w życiu nie zdarzyć się podobna sytuacja. Sama przecież nie wie czego od życia jeszcze chce. Dwa związki zabrały jej najlepsze lata życia. Dwa razy się zawiodła, więc teraz jest okazja, żeby wyjść poza stworzony przez siebie schemat. Nie musi być nikomu wierna; jest niezależna; dobrze zarabia; wie, że się podoba; nie musi męczyć się depresyjnym facetem, więc to jest ten czas. Pokaże swoją sukowatą naturę, przekona do siebie ciemnoskórego kolegę a byłego tym zachowaniem odtrąci.  Niech patrzy i cierpi. I tak już nic nie zdziała. Był nudny, przygaszony i jeszcze dopiekał słowami, że lepiej już między nimi nie będzie. Na co miała czekać? Od razu wyzbyła się emocji, założyła maskę i próbowała grać dobrą dla byłego, który i tak już sporo w życiu przez nią przeszedł. Wpoić mu, że to w sumie z jego winy się rozstają. Oczyścić swoje sumienie. Z pewnością jest w tym dużo prawdy. Zwłaszcza, że przez dłuższy czas ją testowałem. Obserwowałem jej reakcje. Prowokowałem sytuacje, żeby się przekonać co tak naprawdę o mnie myśli. Rozmowy były sterowane. Ja naprawdę ją kochałem i dlatego tak bolało jak za moimi plecami śmiała się z mojego zachowania razem z nowym kolegą. Myślałem, że jest na tyle lojalna i szczera ze mną, że nie powtórzy mu o czym rozmawiamy, jak się zachowuję. Z każdym jej niedopowiedzeniem traciłem do niej szacunek. Tak dużo wymagałem? W momencie kiedy zrozumiałem swoją winę, pokazałem jak mi na niej zależy ona nadal wymigiwała się od uczciwej rozmowy. Te lata były czym? Grą? Aż tak jestem beznadziejny, że brzydzi się rozmowy ze mną? Ta jej ucieczka boli bardziej niż zdrada.  Naiwny jestem. Może tak po prostu było jej łatwiej. Albo po prostu jeszcze nie dojrzała do takich decyzji. Ciekawi mnie jaką teraz drogę wybierze. Czy będzie szukała luźnej relacji czy jednak może spróbuje związku, bo przecież ma się kim teraz pochwalić. Jej wartość wzrośnie kiedy będzie pojawiać się w towarzystwie chłopaka o ciekawych rysach twarzy a który przy niej też będzie się czuł wyjątkowy. Jeśli on się postara, doceni jej obecność to ona odzyska dawny blask. Może to będzie ten szczęśliwy traf i w końcu nabierze mocy, odetnie się od przeszłości. Życzę jej tego z całego serca, bo cieszy mnie jak ludzie są szczęśliwi. Może ja też kiedyś będę. Cieleśnie mnie nie zdradziła. Jedynie prowokowała w słowach kolegę, który też chciałby przytulić się do tych pięknych piersi. Jest kobietą, więc potrzeba pieszczot jest dla mnie jak najbardziej zrozumiała. Nie doświadczyła tego ze mną w ostatnim czasie. Ból, który odczuwałem był tak silny, że nie mogłem się przełamać. Żałuję tego, bo naprawdę mogłem to inaczej rozegrać. Myślałem, że dotrwa do momentu kiedy wyjdę spod tego klosza własnych ograniczeń. Kiedy ciało się zagoi. Dlaczego tyle czasu mi to zajęło?! Ciekawi mnie czy już się pocałowali? A może jeszcze wtedy kiedy mieszkałem z nią doszło pod wpływem emocji, alkoholu do ich przytulenia i pocałunku? To że spać ze sobą będą w ciągu kilku tygodni to jest dla mnie jasna sprawa. Łatwo jej poszło wyeksmitowanie mnie z mieszkania. Kupienie świec i tworzenie odpowiedniego nastroju w łazience. Szkoda, że moja hipochondria i wygoda zabiły we mnie romantyzm. Wolałem prysznic zamiast długich kąpieli z nią. Żałuję. Teraz ktoś inny będzie cieszył jej pięknym ciałem i zmysłowością.
 Tylko teraz musisz się dużo rozciągać, żeby szerzej rozkładać nogi, bo podejrzewam, że jest większy ode mnie :D Przyjemności życzę z odkrywania siebie. Jeśli w łóżku będziesz taka a nawet bardziej odważna niż ze mną to kolegi długo się nie pozbędziesz :) Tylko zdecyduj czy chcesz być zimna czy otworzyć się na niego, bo on też ma przecież uczucia. Pamiętaj! Może się do mnie odezwiesz jeszcze jak stwierdzisz, że ten kontakt może Ci być potrzebny. Może w końcu ze mną usiądziesz przy herbacie, spojrzysz w oczy i powiesz co w głównej mierze zadecydowało o rozstaniu. Możesz mówić najstraszniejsze rzeczy byle były prawdziwe. Odważysz się spotkać? Czas zakończyć ten wątek. Stwórzmy się na nowo. Lepsza Ty - lepszy ja.

niedziela, 20 listopada 2016

"Jak skutecznie stracić idealną dziewczynę i zniechęcić do siebie ludzi" part II

Tak bardzo jestem zmęczony. Zastanawiam się czy chociaż raz w tym miesiącu spałem więcej niż dwie godziny w ciągu dnia. Przecież człowiek bez odpoczynku, bez snu umiera. Może już umarłem? Jestem przecież zimny, zesztywniały. Żar, który tlił się w moim sercu do końca już wygasł. Nadzieja na naprawę "Nas" umarła. Jak bardzo boli kiedy słyszy się, że "Nas" już od dawna nie ma. Że nie naprawi się czegoś co nie istnieje. Tylko co było przez ten czas? Świadome mydlenie oczu? Czekanie na moment kiedy ma bardziej zaboleć? Jej prawdziwa natura? Chęć odreagowania krzywd, które jej wyrządzono? Nie rozumiem. Przecież mnie kochała. Żyła dla mnie. Co się nagle wydarzyło? Przecież ja dla niej przetrwałem. Chciałem pokazywać jak ważna jest w moim życiu. No właśnie chciałem. Nie pokazywałem. Czekałem na moment aż odkopię się spod warstwy problemów, które sobie stwarzam. Za długo byłem pod ziemią a ona straciła jakąkolwiek nadzieję, że wyjdę na powierzchnię. Ale wyszedłem. Udało się. Opanowałem chaos w mojej głowie. Tylko gdzie ona jest?! W którą stronę uciekła?!
Ta lekcja będzie punktem zwrotnym w moim życiu. Nie wypadek. Zrozumiałem, że jeśli podejmuje się ryzyko bycia w związku to trzeba pełnić w nim określone role. Nieważne czy jest się kaleką czy nie. Nie można żyć tylko dla siebie. Nie można nie zauważać krzyku drugiej osoby, być obojętny na jej krzywdę. Kim ja byłem dla niej? Tyranem, katem jej uczuć. Bardzo żałuję, że dopiero teraz to wszystko widzę. Dawała mi tyle znaków a ja je lekceważyłem. Za każdym razem kiedy chciała pomóc mi i sobie trafiała na mur. Ale zamiast wyciągać dłoń mogła ją zgiąć w pięść i przez ten mur się przebić. Przecież jest silną kobietą. Mogła uderzać aż do skutku, kiedy w końcu spojrzę na jej ręce i zobaczę krew. Nie zrobiła tego. Po kilku próbach poddała się. Świadczy to tylko, że jej miłość w stosunku do mnie była niepełna. Czegoś tam brakowało. Jakiegoś magicznego czynnika. Może zbyt szybko przeszliśmy z relacji kumplowskich w związek. Nawet flirtu nie było. Od razu rola dziewczyna - chłopak. Nasz pierwszy raz był dziwny. Ani ja ani ona nie pamiętamy za bardzo tego wydarzenia a przecież to ono nadaje kolorytu naszej relacji. Na szczęście nasze następne razy były już lepsze. Tych zbliżeń było mnóstwo w początkowej fazie związku. Trafiłem na kobietę, która ma tak samo wysokie libido jak ja. Pod tym względem nie można było chyba trafić lepiej patrząc przez pryzmat moich wcześniejszych doświadczeń. Czułem, że nasze zbliżenia dają nam obojgu energię. Nie było tam nic mechanicznego. Nasze ciała idealnie ze sobą współgrały. Nasze oczekiwania były bardzo podobne. Nie wstydziła się mnie ani ja jej. Można mówić o jakiegoś rodzaju symbiozie. Mimo wielogodzinnych nocnych uniesień mieliśmy na tyle siły, żeby rano wstać i spełniać się w pracy. To się bardzo rzadko zdarza w związkach. Zazwyczaj jest rozczarowanie. My rozczarowaliśmy się sobą nie przez łóżko a poprzez niemoc w obliczu tragedii, którą niewątpliwie było moje pobicie. Staraliśmy się zachować pozory, że wszystko się przecież jeszcze ułoży. Żyję i to tylko kwestia czasu kiedy wrócę do pełni formy. I tak pewnie by było gdybym nie odpłynął. Zagubiłem się. Gdzieś w środku obwiniałem ją o to co się stało. Jakie to głupie było z perspektywy czasu. Przecież w żaden sposób nie zawiniła. Nasze dalsze relacje były budowane na poczuciu winy, na potrzebie wynagradzania sobie krzywd, na tym, że przeżyliśmy razem trudne chwile i że to był test a my go przeszliśmy. Nie staraliśmy się o siebie tak jak dawniej. Z moich ust nie padały żadne ciepłe słowa, które by zapewniły jej poczucie bezpieczeństwa. Moja niedostępność i skoncentrowane się na sobie dały jej w końcu powód, żeby się zastanowić czy faktycznie jest sens to kontynuować. Tylko ja pod tą skorupą ciągle byłem i czekałem na odpowiedni moment, żeby się przełamać. Nie zdążyłem niestety. Zlekceważyłem jej uczucia, nie doceniłem tego kim jest i straciłem na zawsze. Przyznanie się do błędu nie jest łatwe dla faceta, ale wiem, że na tę decyzję w 80 % wpłynąłem ja. Będę musiał się w końcu z tym pogodzić. 
Teraz oboje mamy czas, żeby odetchnąć i nad wszystkim się zastanowić a jak minie kilka lat to być może się znów skonfrontujemy. Ona będzie miała już dość poznawania obcych penisów a ja przestanę się cieszyć ciasnymi, ciepłymi wnętrzami studentek. W życiu są ważniejsze sprawy niż odkrywanie swojej seksualności. Kto wie co jeszcze los dla nas przygotował. 


Przegrana walka.

Uspokajam się. Powoli schodzi ze mnie całe te napięcie, które niszczyło mnie od środka. Ile ja przeprowadziłem ze sobą rozmów w ostatnim czasie. Tyle pytań i bardzo mało konkretnych odpowiedzi. Same domysły; podpowiedzi ze strony rozumu. Moje ciało reagowało razem z moimi myślami. W końcu mogę jeść. Żołądek już tak nie ściska, jelita się nie buntują. Odruch wymiotny ustał. Jedynie serca nie mogę poskromić. Bije z taką siłą, że obawiam się czy zostanie na miejscu czy wyrwie się z piersi. Ale na szczęście leki pozwalają je uspokoić. Przytulić i pocieszyć. Szkoda, że nie brałem ich od momentu kiedy padły te nieprzyjemne, najgorsze w moim życiu słowa. Słowo "rozstanie" było wtedy dla mnie jednoznaczne ze słowem "umieraj". Nagle tracę wszystko. Zupełnie jak w dniu kiedy mnie pobito. W kilka minut straciłem pracę, pasje, zdrowie, lokum i pomysł na dalsze życie. Została mi tylko ONA. Może powinienem napisać "aż" ona. Jeszcze w szpitalu musiałem stoczyć walkę z samym sobą. Byłem tak naszprycowany chemią, że nie wiedziałem kim tak naprawdę jestem. Co dzieje się w mojej głowie? Dlaczego widzę te postaci? Czego ode mnie chcą? Bałem się. Cholernie bałem się, że jestem już po drugiej stronie i to w najgorszym miejscu. Myślałem, że Ci z góry oceniają moje życie jako dobre. Przecież nic takiego złego nie zrobiłem. Starałem się szanować drugiego człowieka, rozumieć jego potrzeby, wspierać w chwilach zwątpienia. A tu nagle jestem w czymś mrocznym i złym. Szarpany, bity, upodlony. Te apokaliptyczne wizje pomieszane z jakimś sadomasochistycznym porno nie dawały mi spokoju przez kilka dni pobytu na IOMie. Nawet gdy otwierałem oczy widziałem te zboczenia. To było coś strasznego. Do tej pory mam dreszcze jak o tym wspominam. Czy mój umysł sam tworzy takie wizje czy ta ciężka chemia i wstrząs spowodowały taki stan?! Mam nadzieję, że to drugie, bo zacząłbym się bać o swoją duszę. Jej dotyku, ciepła rąk nigdy nie zapomnę. W chwilach gdy mrok mnie pochłaniał ona była przy mnie dając mi siłę, że wygram tę walkę i wrócę do żywych. Niczego wtedy tak nie pragnąłem jak tylko obudzić się, spojrzeć jej głęboko w oczy, uśmiechnąć się i powiedzieć: "Dla Ciebie tylko żyję. Dla Ciebie tu zostałem". Nikt tego nie zrozumie dopóki sam nie będzie w podobnej sytuacji. Miałem dużo wsparcia ze strony rodziny. Mama czuwała przy mnie non stop. Cała rodzina się o mnie modliła, żebym tylko przeżył. Ale to ONA była powodem dla którego tak naprawdę chciałem wrócić do życia. Tylko jej ciepła potrzebowałem. Ona dawała mi nadzieję, że mimo poważnych obrażeń w końcu stanę na nogi i pokażę światu, że nie można mnie złamać. Co się stało, że teraz jej nie ma?! Byłem zbyt słaby. Poległem.

niedziela, 13 listopada 2016

Z cyklu: "Jak skutecznie stracić idealną dziewczynę i zniechęcić do siebie ludzi".

Od kilku dni próbuję zebrać myśli po tym co się ostatnio wydarzyło. Nie wierzę, że to się stało. Ciągle mam nadzieję, że śnię i że zaraz ktoś mnie z tego koszmaru wyrwie. Co ja zrobiłem? Dlaczego szybciej mówię niż myślę? Dlaczego mam ciągle włączoną funkcję ranienia innych? Przecież osoby, które się kocha nie wolno krzywdzić!!! Straciłem czujność, przyspałem na moment. Gdybym brał leki, które mnie zobojętniają od środka to bym jeszcze zrozumiał. Ale nic nie biorę! Obudziłem się kiedy już jest na wszystko za późno. Nie pogodzę się z myślą, że wszystko spieprzyłem. Nie interweniowałem kiedy jeszcze można było coś zdziałać. Nie widziałem tych subtelności czy nie chciałem widzieć? Tak to jest kiedy jest się skupionym na sobie. Wszystko kręci się wokół własnego cierpienia a nie widzi się jak obok cierpią inni. O ile jestem mądrzejszy po fakcie. Nagle jakbym odzyskał wzrok. Widzę każdą sytuację, każde słowo w których pokazywałem jakim nieczułym facetem jestem. Nienawidzę siebie za to. Nie mogę spojrzeć na siebie w lustrze, mam ochotę splunąć tej postaci w twarz. Wcześniej miałem problem z akceptacją swojej fizyczności - teraz nienawidzę nawet swojej duszy. Gnije od środka, śmierdzi, truje. Zdrowia już nie naprawię, ale może wpłynę na to co się dzieje w mojej głowie. Nie chcę być takim jak przez ostatni rok. Komu ma imponować bycie pizdą? Na pewno nie mojej byłej. Miała większe jaja ode mnie. Dźwigała ten związek na swoich barkach a ja traktowałem ją jako nagrodę za przetrwanie ciężkich chwil w szpitalu. Nie robiłem nic więcej. Nie starałem się jej za wszelką cenę zatrzymać. Czuła się jak zbędny dodatek do mojego życia i odeszła. I tak długo ze mną wytrzymała. Ile można słuchać faceta, który w kółko powtarza to samo, że się zabije, że nie da rady, że boli, że zimno. No ale nie umiałem inaczej. Teraz wiem, że muszę wziąć się w garść, bo dalej jadę sam. I wszystko zależy ode mnie. Długo spoczywałem na mieliźnie a ona spowodowała przypływ i znów wypłynąłem w morze. Strasznie boję się tej podróży. Nie wiem gdzie dopłynę. Chciałbym wziąć ją na pokład i razem z nią pokonywać fale. No ale niestety czasu już nie cofnę. A szkoda, bo mając tą świadomość, którą mam teraz zrobiłbym wszystko, żeby razem z nią popłynąć na jakąś bezludną wyspę i spędzić tam resztę życia. Oj niełatwo przyjdzie mi wymazywanie jej z pamięci. Będę cierpiał długo po tak dotkliwej stracie. Jej nagły brak spowodował ogromną dziurę w moim sercu i nie będę umiał tej pustki niczym wypełnić. Kocham a nie pokazuję, że kocham. Jak tu się z sobą teraz pogodzić. Zwalam wszystko na wypadek, na problemy w dzieciństwie, na swoją wrodzoną słabość. Czas się zmierzyć z samym sobą, w końcu dojrzeć, bo zamykanie się w sobie nic nie daje. Jedynie złudzenie, że w ten sposób nie krzywdzimy innych skoro tak się chowamy. Ci bliscy i tak nas widzą.

sobota, 24 września 2016

Cierpienia Młodego Morrisa...

Ostatnio dość często nachodzą mnie myśli z cyklu tych "potępianych przez kościół katolicki". Bardzo ciężko jest mi pogodzić się z obecnym stanem zdrowia. Tak nie miało być. Moje drobne grzeszki czy chwilowe zawirowania na polu edukacyjnym nie powinny być powodem, aby tak mnie karać. Czy byłem złym człowiekiem? W opinii skrzywdzonych przeze mnie dziewczyn pewnie tak. Najgorszym. Typowy przedstawiciel facetów, którzy by osiągnąć cel potrafią zagrać wiarygodnie rolę najwspanialszych. Usłyszałem kiedyś od swojej byłej, że powinienem dostać za to Oskara. Nie potrafiłem nigdy budować większych relacji niż na jedną noc. Nie wiem z czego to wynika. Pewnie ma to swoje źródło w relacjach z rodzicami albo po prostu mam wyłączony w mózgu fragment odpowiedzialny za uczucia. Uruchomił się dopiero jak dostałem wpierdol na ulicy. Od tego momentu jakiś ckliwszy się stałem. Teraz to dopiero czuję ból istnienia - fizyczny i psychiczny. A najbardziej boli utracona nadzieja. Dostrzegam podobieństwo pomiędzy oczekiwaniami kobiet będących ze mną w związku a moją obecną sytuacją zdrowotną. Te rozczarowanie kiedy miało być pięknie, kolorowo a jest smutno i szaro. Ciekawe co bardziej boli ich rana na psychice czy moja na brzuchu?! Myślę, że moja. One znalazły sobie lepszych facetów, mają dzieci, są szczęśliwe. Ja po dwóch latach od pobicia cierpię coraz bardziej.  Poddałem się ponownej operacji, żeby pozbyć się problemu. Miałem cichą nadzieję, że lekarze mi pomogą. Przecież wcześniej uratowali mi cudem życie, więc dlaczego teraz przy tak prostym zabiegu nie mogą mnie uwolnić od nieprzyjemnych dolegliwości. No niestety nie tym razem. Muszę najpierw odpokutować. Cierpię. Ale czy dam radę czy wybiorę najwyższy budynek w mieście?!

wtorek, 13 września 2016

Ciąg dalszy nastąpił

Jednak wracam do pisania po kilku miesiącach przerwy. Postaram się być bardziej aktywny i częściej wylewać myśli na klawiaturę. Z pewnością będzie mi łatwiej poukładać to co mam w głowie kiedy część moich przemyśleń zostanie odnotowana. Dużo się działo przez ostatnie miesiące. Bieganie z tacą, telefoniczna kontrola Mietków w Polsce, szybka nauka ściemniania, coraz silniejsze dolegliwości bólowe, operacja, przeprowadzka i próba pogodzenia się z faktem, że lepiej nie będzie. Tak w skrócie wyglądają ostatnie moje miesiące życia. W tym momencie po kilku dniach przerwy od bólu głowy znów się z tym męczę. I jak zwykle sam jestem sobie winien. Mam nadzieję, że jak rano wstanę to ból minie a ja będę miał nauczkę. Nie wiem co mam zrobić. Ten chory człowiek, który we mnie czasem siedzi musi w końcu zrozumieć, żeby dawne nawyki pozostawić jeśli nie chce się cierpieć. Jeśli się tego oduczę to będę mniej cierpiał i humor się poprawi. Proste. Kurcze... nie wyobrażałem sobie nigdy, że w wieku 30 lat będę miał dolegliwości jak facet po 70-tce. Całe świadome życie pielęgnowałem nawyki zdrowego trybu życia. Jedzenie może nie było jakoś mega zdrowe przy obecnych trendach dietetycznych, ale unikałem tzw. śmieciowego żarcia, nie piłem gazowanych słodkich napojów, alkoholu. Czipsy, papierosy, żarcie typu instant dla mnie nie istniało. I co najważniejsze w ogóle mi to nie przeszkadzało. Dbałem jak tylko mogłem o swoje ciało. Prawie 10 lat z małymi przerwami przerzucałem żelastwo na siłowni. Wydałem tysiące złotych na karnety, odżywki. Znalazłem pasję, która pozwoliła mi przepoczwarzyć się z małego chłopca w nieco większego chłopca :) Moje myśli kręciły się wokół fitnessu. Co dzisiaj zjem? Ile ciężarów dołożyć? Jak zmienić trening, żeby klatka bardziej rosła czy biceps był większy? Wydawać się to może płytkie i narcystyczne, ale ten czas był dla mnie czymś pięknym. Kochałem ten sport. Poza tym taki tryb życia przynosi praktycznie same korzyści. Jest się zdrowszym, silniejszym a i zaspokaja się swój próżnostan. Cierpią na pewno głębsze relacje z drugą połówką, bo jednak cała swoją energię skupiamy na sobie. Przynajmniej ja tak miałem. Mile wspominam te czasy i bardzo chciałbym wrócić do tego, ale widzę, że szanse są coraz mniejsze. Wszystko przez trzech naćpanych idiotów, którym spodobała się moja dziewczyna.

wtorek, 19 stycznia 2016

Dziś są moje imieniny!!!

Miałem ambitne plany wstać przed godziną 8.00 i zabrać się za ulepszanie siebie, ale znowu nie wyszło. Chodzę stosunkowo późno spać, bo przez lata prowadzenia nocnego trybu życia mój organizm nie potrafi się przestawić. Nie wiem czy przez nawyk czy po prostu nie lubię marnować czasu na sen. Życie nocne mimo siedzenia w 20 m2 wydaje mi się dużo ciekawsze w nocy. Nie lubię żyć w przeświadczeniu, że tyle rzeczy mnie ominie jak położę się o 23.00. No ale śpię do godz. 12.00. Tworzę idealną symbiozę z łóżkiem, po wyjściu dziewczyny do pracy. W głowie przebija się myśl z wczoraj - "Wyłaź! Musisz wziąć tabletki, zrobić śniadanie... brać się za naukę pożytecznych rzeczy", ale jakaś dziwna siła nie pozwala mi oprzytomnieć i wyjść z wyra. Ciągle przegrywam walkę z samym sobą. Z czego to się bierze? Za pewne z faktu, że te moje postanowienia zmiany, próby tworzenia czegoś z niczego są bardzo kruche i w starciu z choć jedną negatywną myślą przestają mieć dla mnie znaczenie. No ale oszukuję się dalej. Moje ulubione słowo, które pewnie będzie się często tu przewijało. Wieczorem mam zarys planu na kolejny dzień a rankiem nie mogę się pozbierać. Tak, wiem - zrób listę, stwórz harmonogram dnia.  Jest to jakiś sposób, ale nie mam siły, żeby punkt po punkcie to realizować. Co jest za to odpowiedzialne? Moja wrodzona nieporadność życiowa, która po dwóch latach dostała prawo głosu; czy działanie leków czy może brak kawy w krwiobiegu. Pewnie wszystko na raz. Dzień się jeszcze nie skończył. Wierzę, że nabiorę mocy jak już słońce schowa się za horyzontem. Wtedy nadrobię każdą straconą minutę. Tak! A teraz wyłączę mózg na głupotach z internetu.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Pierwsze słowa...

... długo zastanawiałem się czy ta forma jest dla mnie właściwa. Zamknięty od niedawna w skorupie własnych ograniczeń muszę w końcu dać upust moim myślom, emocjom których nie umiem rozładować. Jestem postacią jak najbardziej autentyczną. Wszystko co na tym blogu będzie zawarte stanowi odwzorowanie moich najgłębszych jak i  najpłytszych przemyśleń i procesów jakie we mnie zachodzą. Jedynym zakamuflowaniem jest mój pseudonim, którym posługuję się od kilku lat w cybernetycznym świecie. Nie mam odwagi używać prawdziwego nazwiska. Przynajmniej na razie.
 O mojej autentyczności na pewno będzie wskazywać ilość błędów składniowych i gramatycznych. A i poglądy nie poparte są żadnymi teoriami naukowymi. Chociaż pewnie z czasem i język zacznie mniej kuleć jak i wzbogacę się intelektualnie. Tak wiem... oszukuję się. Ale w tym oszustwie jest też metoda. Kto ma ochotę na przygodę ze mną to zapraszam. Będzie smutno, depresyjnie, szaro....