piątek, 2 grudnia 2016

Smaki nowego życia

Brzuch mi rośnie. W początkowej fazie rozstania moja waga bardzo szybko spadła. Nawet po trzech tygodniach karmienia w szpitalu nie wyglądałem tak tragicznie jak ostatnio. 53 kg i sylwetka chłopca z podstawówki. Tylko zarost mnie trochę postarza. Nie wiedziałem, że psychika aż tak wpływa na metabolizm.  Na szczęście wszystko powoli ze mnie schodzi. Cały ten miesięczny stres. Teraz nadrabiam każdy stracony kilogram w przerażającym mnie tempie. Nawet w szczycie formy nie wkładałem do ust tak dużo :) Jem 6-7 dużych posiłków dziennie. Spróbowałem przez te dwa tygodnie chyba wszystkich smaków świata. Moje kubki smakowe szaleją; czuję ogromną radość i mam łzy w oczach jak po moim języku przesuwają się kolejne kęsy dań orientalnych, włoskich, wietnamskich. Oczywiście nie omijam maka czy kejefsi :) Ładuję w siebie wszystko i nie patrzę na dolegliwości. Czy to Edyta przez ten czas hamowała mój apetyt czy po prostu jest to reakcja stresowa na sytuacje? Nie wiem. Nie myślę. Korzystam, bo każdy kilogram jest na wagę złota. Śmieję się, bo wszystko co zarobię to przejem. Nawet spora kasa z buka przyjęła ostatecznie formę 50 kubełków chińszczyzny. Tak bardzo jestem teraz głodny. Przede wszystkim głodny życia. Wrócił dawny Morris tylko ulepszony. Nie marudzi, nie wymyśla problemów. Intensywnie korzysta z życia, bo wie, że w każdej chwili może się ono skończyć. Stara się być dla innych a nie tylko dla siebie.
Ale nadal czuję się rozdarty. Czy zerwanie kontaktu to najlepsze rozwiązanie? 7 lat znajomości, ratowania siebie nawzajem i nagle dla siebie umieramy? Nie będzie nigdy zmartwychwstania? Bardzo to smutne. Zdaję sobie sprawę jaki byłem w ostatnim okresie i z jednej strony rozumiem a z drugiej nie. Chciałem ją naprawić, pokazać, że świat nie jest taki zły jak go odbiera. Że jestem facetem, który zrekompensuje jej wcześniej doznaną krzywdę. Że pokocham ją całym sobą i będę zawsze blisko. Już po kilku miesiącach wypadek nas rozdzielił. I to na długo. Za długo. Nie mogłem się pogodzić z tym co mi się przytrafiło. Przecież nad wszystkim miałem kontrolę. Widziałem więcej niż inni. Zamknąłem się w sobie. Ale jej dałem klucz. Tylko ona miała do mnie dostęp. Dzięki niej przetrwałem najgorsze chwile kiedy myślałem o samobójstwie. Uratowała mnie. Widocznie z czasem pozmieniałem zamki. Próbowała wielokrotnie wejść, ale niestety nie wpuściłem jej. Może gdyby mocniej pukała to bym zareagował. Kiedy wyjrzałem w końcu na zewnątrz... już jej nie było. Przepraszam Cię za to, że zawiodłem. Nie byłem taki jak chciałaś. Nie kochałem jak dawniej. Po prostu nie dałem rady. Chyba nie byliśmy sobie pisani. Oboje się poddaliśmy. Sytuacja nas przerosła. Zapamiętajmy te najlepsze chwile, które ze sobą spędziliśmy a te gorsze przeróbmy i wyciągnijmy z nich wnioski. Żeby nie krzywdzić już siebie i innych. Daj się pokochać komuś innemu. Nie zamykaj się w sobie. Żyj i częściej się uśmiechaj. Brzmi jak banał, ale działa :) Zaczynamy nowe życie. Sentyment zawsze pozostanie. Nie będę przechodził na drugą stronę ulicy jak Ciebie zobaczę. Może nawet za parę lat wypijemy wspólnie kawę i podsumujemy to co nam się najlepszego przez ten czas przytrafiło. Akademik to był strzał w dziesiątkę. O dziwo nie czuję się samotny; czuję się potrzebny. I jest tu ciepło :) A na pewno ktoś sprawi, że będzie jeszcze cieplej ;) Życzę Ci tego samego. Niech On Cię kocha jak dawniej ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz